Kacper Rogalski zamienił kodowanie na obrazy drukowane prosto na ścianie

Kacper Rogalski zamienił kodowanie na obrazy drukowane prosto na ścianie

FOT. UM w Zielonej Górze

Najpierw były linie kodu, dziś są ściany, które przyjmują portret, cytat albo grafikę zrobioną pod konkretny wnętrzarski plan. Kacper Rogalski z Zielonej Góry w weekend pokaże na Targach Budownictwa, Wyposażenia Wnętrz i Ogrodów urządzenie, które drukuje niemal na każdej pionowej powierzchni. To nisza kosztowna, precyzyjna i jeszcze mało znana, ale właśnie dlatego przyciąga uwagę od pierwszego uruchomienia maszyny.

  • Od korporacyjnego kodu do maszyny, która drukuje na betonie i szkle
  • Maszyna pracuje na wielu podłożach, a granice wyznacza właściwie tylko wysokość
  • Cena pokazuje, że to usługa dla wymagających
  • MAELL zamiast kolejnej firmy z „wall” w nazwie

Od korporacyjnego kodu do maszyny, która drukuje na betonie i szkle

Przez lata Rogalski pracował w IT, a potem zwyczajnie uznał, że ten świat przestał mu odpowiadać. Sam mówi wprost, że nie chciał już tkwić w środowisku, które – jak ocenia – stało się mocno przeciążone i coraz mniej przyjazne dla ludzi. Zamiast kolejnego etatu i kolejnych zadań przy komputerze wybrał coś, co brzmi jak techniczna ciekawostka, a w rzeczywistości zaczyna działać jak pełnoprawna usługa dekoracyjna.

„To już nie dla mnie” – tak opisał moment, w którym odsunął się od programowania.

Pomysł przyszedł po zwykłej reklamie w sieci, ale potem zaczęła się już żmudna, bardzo konkretna praca. Najpierw sprawdzanie rynku, potem wybór urządzenia, wreszcie rozbiórka i ponowny montaż „co śrubka” – po to, by wiedzieć, jak maszyna działa i jak ją naprawiać. Rogalski podkreśla, że nie było tu miejsca na przypadek. Zanim zaczął oferować usługę w województwie lubuskim pod szyldem MAELL, musiał sam dobrze zrozumieć każdy etap druku.

Na ścianie można dziś nanieść właściwie wszystko, co da się przygotować w pliku:

  • zdjęcie z wakacji,
  • portret bliskiej osoby,
  • wizerunek idola albo ulubionego zwierzaka,
  • grafikę abstrakcyjną,
  • reprodukcję obrazu,
  • cytat z książki,
  • napis użytkowy,
  • obraz wygenerowany przez sztuczną inteligencję.

To nie jest zwykłe malowanie, tylko precyzyjny nadruk, który maszyna nanosi warstwa po warstwie, a potem utwardza lampami UV. Efekt jest suchy niemal od razu, odporny na ścieranie i zachlapanie, więc sprawdza się zarówno w mieszkaniu, jak i w przestrzeni użytkowej.

Maszyna pracuje na wielu podłożach, a granice wyznacza właściwie tylko wysokość

W branży mówi się o „druku ściennym”, ale zakres materiałów jest znacznie szerszy. Rogalski zwraca uwagę, że urządzenie poradzi sobie nie tylko z gładką ścianą, lecz także z betonem, płytą gipsową, cegłą, drewnem, szkłem, metalem, ceramiką, a nawet z elewacją o strukturze baranka. Warunek jest prosty i bardzo praktyczny – powierzchnia powinna być w miarę płaska.

„Wystarczy tylko, że podłoże będzie w miarę płaskie” – podkreśla.

Przy testach drukarki pojawiały się nawet opony, co dobrze pokazuje, jak elastyczne potrafi być to rozwiązanie. Wersja na szynach daje większą stabilność, a na kółkach zostawia mniejszy margines od podłogi i sufitu. W obu przypadkach urządzenie sięga do czterech metrów wysokości, a szerokość nadruku ograniczają już głównie zapasy farby. Rogalski żartuje, że po uzupełnieniu tuszu mógłby zadrukować nawet cały Mur Chiński.

Trwałość nadruku zależy od warunków. Producent podaje, że na zewnątrz tusze mogą zacząć blaknąć po około pięciu latach, a wewnątrz zachowują intensywność co najmniej dwa razy dłużej. Po zabezpieczeniu bezbarwnym lakierem taki obraz może przetrwać dziesięciolecia. Dla inwestora albo właściciela lokalu to ważna informacja, bo druk ścienny nie jest dekoracją na jeden sezon, tylko rozwiązaniem z realną żywotnością.

Cena pokazuje, że to usługa dla wymagających

Za tym efektem stoi sprzęt, który nie należy do tanich. Sama drukarka ścienna to wydatek przekraczający 100 tysięcy złotych. Do tego dochodzi specjalny ekologiczny tusz UV, po 660 zł za litr, przy czym maszyna pracuje na pięciu kolorach. Trzeba jeszcze doliczyć cleaner i części zamienne, które – jak podaje Rogalski – wymienia się co 3–6 miesięcy.

Dla klienta najważniejsza jest jednak końcowa stawka. Rogalski wylicza, że metr kwadratowy druku kosztuje u niego 299 zł netto. W tej kwocie nie ma jednak końca pracy, bo dojazd do klienta, wniesienie modułów, montaż, przygotowanie projektu, a czasem także instalacja i demontaż szyn, zabierają sporo czasu i energii. To usługa, w której liczy się nie tylko sam obraz, ale też logistyka wokół niego.

Co ważne, firma działa dopiero od kilku miesięcy, więc to wciąż etap budowania rozpoznawalności. Rogalski nie ukrywa, że szukał dla siebie niszy, która pozwoli mu wyjść z ram klasycznej pracy przy komputerze. Rozważał różne kierunki – od mycia kostki brukowej po czyszczenie dachów i tynków – aż trafił na druk ścienny. W Polsce to jeszcze mało popularna usługa, a właśnie takie rozwiązania najłatwiej odróżniają małą firmę od kolejnej, podobnej do innych.

MAELL zamiast kolejnej firmy z „wall” w nazwie

Nawet nazwa marki została wymyślona pod prąd branżowym schematom. Rogalski nie chciał, by w szyldzie pojawiało się powtarzalne „wall”, tak częste w tym segmencie rynku. W domu zaczęto żartobliwie mówić na urządzenie „malarka”, a potem pojawiło się skojarzenie z grą Clair Obscur: Expedition 33 i postacią Maelle. Tak powstało MAELL – prosto, nietypowo i bez nadęcia.

Założyciel firmy nadal świadczy usługi UX designu dla globalnej korporacji, ale jeśli pokaz na zielonogórskich targach okaże się udany, planuje ruch bez odwrotu.

„Dokupię drugą malarkę i całkowicie zrywam z programowaniem oraz UX designem” – zapowiada.

Dla odwiedzających targi to może być jedna z tych atrakcji, które najlepiej ogląda się na żywo, bo zdjęcie nie oddaje skali ani precyzji pracy. Zwykła ściana w kilka chwil zamienia się w gotowy obraz, a technologia, która jeszcze niedawno była egzotycznym dodatkiem, zaczyna wyglądać jak realna alternatywa dla farby, tapety i klasycznego dekorowania wnętrz.

na podstawie: Zielona Góra Urząd Miasta.

Ilustracja wykorzystana w artykule została pobrana z zewnętrznego źródła (UM w Zielonej Górze). W przypadku zastrzeżeń dotyczących praw do zdjęcia prosimy o kontakt.