Filharmonia Zielonogórska zrywa z muzealnym wizerunkiem i szykuje wielki finał

FOT. Urząd Miasta
W zielonogórskiej filharmonii od dawna nie chodzi już tylko o sam koncert, ale o to, czy chce się do tego miejsca wracać. Rafał Kłoczko mówi o instytucji, która ma przyciągać nie dostojną ciszą, lecz żywą energią i poczuciem współtworzenia. W jubileuszowym roku brzmi to szczególnie mocno, bo za dzisiejszą marką stoją dziesięciolecia pracy, zmian i ludzi, którzy budowali ją krok po kroku. Finał obchodów ma to wszystko zebrać w jeden wieczór.
- Tu muzyka nie kończy się na partyturze
- Historia zaczęła się od pasjonatów, nie od instytucji
- Jubileusz ma zabrzmieć jak spotkanie wielu pokoleń
Tu muzyka nie kończy się na partyturze
Filharmonia Zielonogórska coraz wyraźniej pokazuje, że nie chce być traktowana jak eleganckie tło dla kultury, lecz jak miejsce, w którym muzyka dzieje się naprawdę. Kłoczko podkreśla, że o sile instytucji decyduje nie tylko scena, lecz także atmosfera tworzona przez orkiestrę, administrację i techników. Artyści, którzy tu przyjeżdżają, często zostawiają po sobie krótki, ale wymowny ślad:
„Tu chce się wracać!”
Dyrektor zwraca uwagę, że zielonogórscy filharmonicy pracują jak jeden organizm – odpowiadają solistom, reagują na dyrygentów i budują koncert nie jako odtworzenie nut, ale jako wspólne przeżycie. To właśnie ten klimat ma sprawiać, że w Zielonej Górze nie tylko się występuje, ale też tworzy.
Zmienia się również publiczność. Coraz częściej widać młodszych słuchaczy, a filharmonia przestaje kojarzyć się z miejscem „dla wtajemniczonych”. Pomogły w tym media społecznościowe, ale też odważniejsze programy: koncerty kameralne, muzyka z gier komputerowych i aktywność chóru, który przyciągnął nowych odbiorców. W efekcie sala staje się przestrzenią spotkania różnych pokoleń i różnych muzycznych przyzwyczajeń.
Historia zaczęła się od pasjonatów, nie od instytucji
Dzisiejszy jubileusz ma swój początek dużo wcześniej niż w urzędowych decyzjach. Zaczęło się od grupy ludzi, którzy po prostu chcieli grać. W 1956 roku powstało stowarzyszenie „Orkiestra Symfoniczna w Zielonej Górze”, a na pierwszych próbach pojawiało się 25, później 40 muzyków. Do miasta dojeżdżali także ze Wschowy, Nowej Soli i Zbąszynka. Próby odbywały się w teatrze, a pierwszy koncert wybrzmiał 29 maja 1956 roku.
Najważniejsze etapy rozwoju filharmonii da się dziś zamknąć w kilku datach, ale za każdą z nich stoi konkretny wysiłek i zmiana skali działania:
- 1974 – filharmonia otrzymała status pełnoprawnej instytucji, co otworzyło drogę do większego repertuaru i profesjonalnego rozwoju zespołu
- 1982 – nadano jej imię Tadeusza Bairda
- lata 90. – powstał budynek administracyjny i zaplecze techniczne, bez których trudno byłoby utrzymać codzienny rytm pracy
- 2004 – otwarto Salę Koncertową MCM, która zastąpiła kameralną przestrzeń na około 200 osób salą niemal na 400 miejsc
Ta ostatnia zmiana była dla miasta czymś więcej niż tylko inwestycją w mury. Większa sala oznaczała możliwość wykonywania dzieł symfonicznych i wokalno–instrumentalnych na zupełnie inną skalę, a dla słuchaczy – po prostu więcej miejsca na koncerty, które wcześniej nie mieściły się w dawnej przestrzeni.
Jubileusz ma zabrzmieć jak spotkanie wielu pokoleń
Program urodzin Filharmonii Zielonogórskiej został ułożony tak, by nie było w nim jednego centrum ciężkości. Najgłośniej wybrzmią nazwiska artystów światowego formatu, ale finał ma należeć do kilku muzycznych biografii naraz. W jubileuszowym harmonogramie pojawiają się między innymi:
- 10 kwietnia – Piotr Beczała w gali operowej „Głos, który wzrusza”
- 15 maja – Aleksandra Kurzak w gali „Głos, który oczarowuje”
- 29 maja – koncert finałowy z udziałem Rafała Kłoczki, Czesława Grabowskiego i Jakuba Przybycienia
Kłoczko podkreśla, że wybór takich solistów nie jest przypadkowy. To nazwiska z absolutnej światowej czołówki, a ich obecność ma pokazać, że zielonogórska scena potrafi przyciągać artystów z kalendarzami wypełnionymi na lata. Finał obchodów będzie jednak czymś więcej niż galą. W repertuarze mają się pojawić utwory napisane specjalnie na jubileusz, a obok dyrygentów z różnych pokoleń zabrzmi także IX Symfonia d-moll Beethovena, przywołująca pamięć otwarcia Sali Koncertowej MCM sprzed dwóch dekad.
Dyrektor nie ukrywa też osobistego ciężaru tej rocznicy. Po trzydziestu pięciu latach pracy jego poprzednika objęcie stanowiska oznaczało dla wielu osób sporą zmianę, a dla niego samego – odpowiedzialność za ciągłość i rozwój. Z jego słów przebija jednak nie tylko obowiązek, ale i wyraźna satysfakcja. W jubileuszu chodzi przecież o coś więcej niż uroczysty wieczór. To setki koncertów, tysiące emocji i publiczność, która przez lata wracała tu po muzykę, która nie pozwala zostać obojętnym.
na podstawie: Urząd Miasta.
Autor: krystian
