MALU – miejsce, gdzie niepewność znika po pierwszym pociągnięciu pędzla

MALU – miejsce, gdzie niepewność znika po pierwszym pociągnięciu pędzla

FOT. Zielona Góra Urząd Miasta

Wchodzisz w obcisłe foliowe ponczo, zakładasz ochraniacze na buty i nagle okazuje się, że ściany są twoje. Albo płótno. Albo – jeśli masz ochotę – twarz sąsiada przy stanowisku. W zielonogórskiej pracowni UV z Malunkiem nikt nie pyta o dyplomy artystyczne. Liczy się jedno: czy dasz się ponieść.

Na Wrocławskiej 3 działo się coś niezwykłego od listopada ubiegłego roku, choć wielu mieszkańców dopiero teraz odkrywa ten adres. Emilia Dusza-Kość i Katarzyna Gębuś-Kowalska – poznane na wydziale artystycznym UZ, potem rozdzielone biurowymi etatami i macierzyństwem – stworzyły przestrzeń, w której dorosły wraca do beztroski dziecka, a dziecko dostaje narzędzia do wyrażenia tego, co jeszcze nie ma słów.

  • Z etatów do foliowych kombinezonów
  • Asystentki, które wiedzą, kiedy zamilknąć
  • Światło, które zmienia wszystko

Z etatów do foliowych kombinezonów

Kasia projektowała stoiska targowe. Emilia aranżowała wnętrza. Obie próbowały pogodzić kreatywność z grafikami i chorobami przedszkolaków. – Z jednej strony deadliny, z drugiej choroby dzieci. To nie szło w parze – wspomina Katarzyna Gębuś-Kowalska.

Gdy Emilia przyszła z pomysłem wspólnego biznesu, ryzyko wydawało się mniejsze niż dalsze dzielenie się życiem między biurko a łóżeczko. Szukały lokalu długo. – Bywało, że właściciele grzecznie nam odmawiali, gdy słyszeli, co chcemy robić – opowiadają.

Teraz MALU mieści się w dwupiętrowej kamienicy. Na dole przyjmują gości, na górze – życie rodzinne, które wciąż wymaga elastyczności. Same nazywają to balansowaniem na granicy wyrzeczeń.

Asystentki, które wiedzą, kiedy zamilknąć

Pracownia oferuje 25 stanowisk, farby wodne, pędzle i narzędzia, których nazwy brzmią jak z warsztatu mechanika. Goście dostają też coś, czego nie widać w cenniku: pozwolenie na brak pomysłu.

Niepewność i nieśmiałość trwają u nas zwykle tylko chwilę – mówią właścicielki. Potem zaczyna się trans. Tata, który przyszedł „tylko popatrzeć”, po kwadransie prosi o własny zestaw. Dzieci malują na siebie nawzajem. Dorośli odkrywają w sobie abstrakcjonistów.

Emilia i Katarzyna nazywają siebie asystentkami twórczości. Podpowiadają tonację barw, sugerują kierunek – ale wycofują się, gdy ktoś potrzebuje samotności z płótnem. Nie oceniają. Nie oczekują.

Światło, które zmienia wszystko

Na koniec seansu następuje moment, na który czekają wszyscy. Telefony schowane pod kombinezonami, światło dzienne gaszone – włącza się ultrafiolet. Farby fluorescencyjne budzą się do życia. Obrazy, które przed chwilą wyglądały jak eksplozja przedszkolnej sali, nabierają głębi i tajemnicy.

Ludzie coś w sobie odkrywają. Inspirują się nawzajem. Nikt nikogo nie nie ocenia i wszystko tu wypada – opowiadają asystentki twórczości.

Wychodzi się z kartonikiem przypominającym pudełko po pizzy. W środku – własne dzieło, które w domu wystarczy wysuszyć. Właścicielki MALU przyznają, że nie widziały jeszcze nikogo, kto opuszczałby pracownię bez uśmiechu. Nawet ci, którzy przyszli sceptyczni, odchodzą podekscytowani – często z farbą we włosach i planem powrotu.

na podstawie: Urząd Miasta.

Ilustracja wykorzystana w artykule została pobrana z zewnętrznego źródła (Zielona Góra Urząd Miasta). W przypadku zastrzeżeń dotyczących praw do zdjęcia prosimy o kontakt.