Uwaga! Upał (komunikat RSO)

Pacjent zero i pożegnanie oddziału. Jacek Smykał kończy ważny rozdział

Pacjent zero i pożegnanie oddziału. Jacek Smykał kończy ważny rozdział

Po trzydziestu latach na czele oddziału zakaźnego w Zielonej Górze Jacek Smykał zszedł z funkcji, ale nie z pamięci mieszkańców. Na ulicy bywa zagadany przez dawnych pacjentów, a na pytanie, czy ich pamięta, odpowiada bez zawahania, że większość twarzy została mu w głowie na długo.
To opowieść o lekarzu, którego ukształtował dom pełen mikroskopów, wojennych rodzinnych śladów i dyscypliny, a potem szpitalne sale, epidemie oraz lata pracy, w których zakaźnictwo rzadko bywało modne. Dla Zielonej Góry to koniec pewnej epoki, ale nie koniec historii człowieka, który przez dekady stał przy łóżkach chorych.

  • Dom z mikroskopem, gotyckim zeszytem i pamięcią o Galicji
  • Zakaźny oddział był dla niego szkołą walki i pokory
  • Lekarz, którego na ulicy rozpoznają dawni pacjenci

Dom z mikroskopem, gotyckim zeszytem i pamięcią o Galicji

Zanim trafił na oddział zakaźny, najpierw wyrósł w domu, w którym nauka była czymś codziennym. Ojciec, mikrobiolog, przynosił do mieszkania preparaty z bakteriami i wirusami, pokazując je synowi z taką pasją, jakby otwierał przed nim osobny świat. To właśnie on kupił chłopcu mikroskop. Smykał wspomina, że już wtedy wiedział, czym chce się zajmować.

Rodzinne korzenie sięgały Galicji, a w domu mieszały się różne pamięci i zwyczaje. Dziadkowie przeżyli wojnę niemal w komplecie, choć rodzina matki została przez nią brutalnie przetrzebiona. W mieszkaniu przy ulicy Kołłątaja żyło się ciasno, razem z dziadkami, ale też w rytmie, który dziś brzmi niemal jak zapis dawnego obyczaju.

„W niedzielę rano obowiązkowo była msza, a w południe rosół”.

Za tą pozorną zwyczajnością kryła się jednak wielojęzyczna, galicyjska codzienność. Dziadkowie rozmawiali między sobą austriackim dialektem, a babcia pisała gotykiem i zostawiła po sobie zeszyt z przepisami, którego dziś niemal nikt z rodziny nie potrafi odczytać. Smykał pamięta przede wszystkim kuchnię, w której polskie, ukraińskie, austriackie, węgierskie i żydowskie wpływy układały się w smaki nie do podrobienia. Została mu z tego pamięć o schabowych, ale też o domu, w którym historia była obecna bez wielkich słów.

Jego droga do medycyny nie była jednak prosta. Na studiach w Szczecinie otwarcie skrytykował ZSRR i został relegowany z uczelni. Potem przyszły lata z dala od klasycznej ścieżki lekarskiej: pobyt w Laskach, praca fizyczna, kontakt z opozycyjnym środowiskiem, rozwożenie niezależnej prasy, a nawet wyjazd do Watykanu z zakazaną wówczas Biblią. Powrót na medycynę umożliwiły dopiero kolejne interwencje i zgoda na dalsze studia w Białymstoku . To nie była gładka droga. Raczej seria ostrych zakrętów, które hartują bardziej niż niejeden dyplom.

Zakaźny oddział był dla niego szkołą walki i pokory

Do Zielonej Góry wrócił z myślą o pediatrii, ale tam nie było już miejsca specjalizacyjnego. Padła propozycja oddziału zakaźnego. Poszedł. I został na dziesięciolecia. Na początku trafił do zespołu starszych lekarzy, którzy pamiętali choroby dziś znane głównie z podręczników. Dla młodego medyka była to lekcja bezcennej praktyki. Uczył się od ludzi, którzy widzieli dur plamisty, tyfus i inne zakażenia w czasach, gdy nie dało się ich omijać teorią.

Oddział, który objął, zmieniał się razem z miastem i medycyną. Przez lata był miejscem ciężkiej pracy, nie zaś efektownych sukcesów. Zakaźnictwo wymagało cierpliwości, odporności na lęk i gotowości do działania tam, gdzie inni woleli nie wchodzić. Smykał mówi wprost, że dobry lekarz musi mieć w sobie miłość do ludzi i pokorę.

„Medycyna jest jak kapłaństwo. Albo masz powołanie, albo go nie masz”.

W jego opowieści nie ma miejsca na łatwe skróty. By zdobyć samodzielność na oddziale, trzeba było przejść długą drogę specjalizacji, ciągnącą się przez lata. To był czas, gdy lekarze zarabiali niewiele, a motywacja miała raczej charakter służby niż kariery. Dziś, jak zauważa, ścieżka jest krótsza, ale tamten etos nadal pozostaje ważnym punktem odniesienia.

Na zawodowej mapie jego pracy mocno odcisnęły się też dwie wielkie fale zagrożeń. Najpierw HIV i AIDS, potem pandemia COVID–19. W obu przypadkach trzeba było zaczynać niemal od zera. Smykał pojechał do berlińskiej Charité, by zobaczyć, jak leczyć pacjentów z HIV i AIDS, bo w tamtym czasie wchodzenie do izolatek oznaczało kombinezon, gogle i pełną ostrożność. Gdy nadeszła pandemia koronawirusa, sam znalazł się w centrum uwagi jako lekarz, który rozpoznał pierwszego oficjalnego chorego w Polsce.

To właśnie wtedy zakaźnictwo wyszło z cienia. Na krótko. Smykał nie ukrywa, że była to specjalizacja trudna i niedoceniana, a w Polsce lekarzy tej dziedziny zawsze było niewielu. Tym bardziej wybrzmiewa fakt, że zielonogórski oddział zmienił się przez lata z dużego, 70–łóżkowego oddziału w jednostkę znacznie mniejszą, liczącą dziś ponad 20 łóżek. To obraz szerszej zmiany w systemie, ale też przypomnienie, jak bardzo medycyna zakaźna zależy od gotowości państwa i szpitali do reagowania na nowe zagrożenia.

Lekarz, którego na ulicy rozpoznają dawni pacjenci

Wiosną Smykał przestał kierować Klinicznym Oddziałem Chorób Zakaźnych w Szpitalu Uniwersyteckim w Zielonej Górze. Jego miejsce zajęła Renata Korczak. Nie oznacza to jednak zerwania z miastem ani z ludźmi, z którymi pracował przez lata. W rozmowie powtarza, że Zielona Góra jest dla niego miejscem nie do zastąpienia.

„Nie zamieniłbym Zielonej Góry na żadne inne miasto”.

Dzisiaj mieszka w domu, który z żoną Elżbietą przez lata podnosili z ruiny. Zostało z tego miejsce nieidealne, ale własne. Dom, w którym każda część nosi ślad innego czasu, otoczony ogrodem, który Smykał półżartem nazywa parkiem. Jest też berneńczyk, są wnuczki, wnuk, synowie, synowe i przyjaciele. Zawodowo nie wszystkich przekazał dalej w lekarskie ślady. Synowie wybrali turystykę, a sam lekarz przyznaje, że w domu bywał gościem, bo dodatkowe dyżury i praca w przychodni oraz pogotowiu były konieczne, by domknąć budżet. To brzmi zwyczajnie, ale dobrze pokazuje realia, w jakich pracowało całe jego pokolenie lekarzy.

Na koniec zostaje w nim spokój człowieka spełnionego. Nie wraca do pomysłu, że mógłby być kimś innym. Nawet marzenie o pediatrii, którego początkowo nie udało się zrealizować, spełniło się częściowo na zakaźnym, bo trafiały tam także dzieci. W jego opowieści najważniejsze pozostają więc nie tytuły ani funkcje, lecz relacje, pamięć i poczucie sensu. A to w szpitalnym świecie waży czasem więcej niż najbardziej efektowny życiorys.

na podstawie: Urząd Miasta.