Z klasycznego roweru na “elektryka”. 70-letni zielonogórski kolarz nie żegna się z pasją

Z klasycznego roweru na "elektryka". 70-letni zielonogórski kolarz nie żegna się z pasją

FOT. UM w Zielonej Górze

Kiedyś wspinał się na Alpe D’Huez i wygrywał maratony. Dziś Mirosław Pyszczek przekonuje, że emerytura to nie koniec przygody z dwoma kółkami – wystarczy zmienić perspektywę.

Zakurzony składak wyciągnięty z piwnicy w 1996 roku zmienił całe życie. Dorosły mężczyzna, który wcześniej nie siadał na rower, nagle odkrył w sobie żywioł. Z pięciu kilometrów na składaku doszedł do karbonowej ramy, z lokalnych lasów – na alpejskie podjazdy i podium największych imprez w kraju.

  • Twórca legendarnego wyścigu, którego dziś nie pamiętają
  • Kiedy sił ubywa, a pasja zostaje

Twórca legendarnego wyścigu, którego dziś nie pamiętają

Zielonogórskie środowisko kolarskie zna Pyszczka z wielu ról. Pasjonaci elektroniki kojarzą go ze sklepu MIWA przy ul. Jedności – najpierw jako pracownika marki Unitra, później wspólnika żony w dzierżawionym lokalu. Miłośnicy MTB powinni wiedzieć, że to właśnie on wymyślił Piekło Przytoku. Wraz z Pawłem Schreiterem i Ogniskiem TKKF Cyklomaniak przez lata współorganizował ten wyścig oraz cykl amatorskich zawodów po Wzgórzach Piastowskich. Obecni gospodarze imprezy zdają się o tym nie pamiętać.

Szczyt formy przypadł na początek lat 2000. Polskie i czeskie góry przestały wystarczać – Pyszczek podbijał Alpe D’Huez, startował w La Marmotte, szukał coraz większych wyzwań. W 2003 roku zakończył cykl supermaratonów Pucharu Polski na drugim miejscu w klasyfikacji open i pierwszym wśród czterdziestolatków. Wygrał też wyścig 765 km wokół Zalewu Szczecińskiego, finiszując po niemal 31 godzinach jazdy.

Kiedy sił ubywa, a pasja zostaje

Kilka lat temu zamknął z żoną sklep MIWA. Emerytura oznaczała wreszcie czas na wspólne wyjazdy – wcześniej prowadzili go codziennie, bez urlopów. Weekendowe trasy prowadziły najchętniej na drugą stronę Odry, gdzie infrastruktura dla rowerzystów i kultura jazdy kierowców dają większe poczucie bezpieczeństwa.

Żona przesiadła się wcześniej na rower elektryczny, on długo się bronił. Dopiero podsumowanie życiowego kilometrażu przekonało go, że “dopedałowałby na Księżyc”. Dwie operacje i inne problemy zdrowotne ostatecznie przesądziły sprawę.

Sam długo się broniłem przed przesiadką na rower ze wspomaganiem. Dziś z pozycji 70-letniego emeryta powiem, że to była najlepsza decyzja. Warto zdecydować się na porządny sprzęt, dobre zapięcie antykradzieżowe i w drogę! Do domu wrócisz suchy i uśmiechnięty.

Pyszczek nie ukrywa, że wspomaganie pozwala mu nadal realizować pasję bez rezygnacji z komfortu. A gdy chce poczuć dawny smak – po prostu wyłącza akumulator.

Dziecko nie powinno zaczynać od “elektryka”, natomiast senior może dzięki niemu spędzać czas zdrowo i na świeżym powietrzu, a przecież ruch to najlepszy antybiotyk.

Z perspektywy emeryta widzi wyraźnie: mniej zmęczenia, więcej widoków. I zero ujmy dla dumy.

na podstawie: Urząd Miasta.

Ilustracja wykorzystana w artykule została pobrana z zewnętrznego źródła (UM w Zielonej Górze). W przypadku zastrzeżeń dotyczących praw do zdjęcia prosimy o kontakt.